Nope.

Nie chcę już prowadzić bloga, gdyż stwierdziłem kilka następujących rzeczy:

1) Jeśli chodzi o ludzi, którzy mają to czytać, to ogólnie internetowcy lubią czasem przeczytać, że komuś się chujowo wiedzie, ale jeśli ten stan trwa dłużej niż miesiąc, nudzi im się to, a autor takich żali zostaje uznany za nieporadną pizdę, która tylko narzeka.

2) Rosnące archiwum uświadamia mi jedno: mija tyle lat, a cały czas jest chujowo. Jeszcze przez wgląd do archiwum jestem w stanie sobie uświadomić, ile popełniłem błędów i ile źle podjętych (bądź nie podjętych wcale) decyzji odbija się teraz, po latach, bardzo kiepsko. Najgorsze, że są to reperkusje nie tylko moich błędów i źle podjętych decyzji, ale też ludzi wokół mnie.

3) Uświadamiam sobie, że psychoterapia wtedy była chujowa, a teraz jest jeszcze chujowsza. Faktycznie, masowość wyższego kształcenia wpływa okropnie na jakość późniejszych „specyalystów”. Niebywałe, że nadal nie ma ustaw w żaden sposób regulujących „zawodu psychologa”. Czemu ci ludzie nie są poddawani żadnym testom predyspozycji do tej specyficznej pracy? Czemu spychologiem może zostać każdy?
Zakumplowałem się z kilkoma osobami po psychologii: niestety, jedno jest gorsze od drugiego. Oni potrzebują pomocy, nie nadają się do współpracy z ludźmi. I tylko jedna z tych person zdaje sobie z tego sprawę („ale za coś trzeba żyć!”).

Ogólnie kiszka. Mam dosyć poważne problemy z pamięcią, i dzięki (a czasem też przez) braku regularnie prowadzonego dziennika, ogólnie moje życie z roku na rok staje się coraz większą, białą plamą. Właściwie jedynym źródłem jakiegokolwiek chronologicznego porządku, jakichkolwiek wspomnień, jest ten blog. Przez niego uświadamiam sobie, że mrzonki jakie miałem w wieku 18~ lat (np. że coś ze mnie będzie) były gównem na samym początku. A tak mógłbym żyć w nieświadomości.

Od kilku miesięcy mam kolejnego nowego psychiatrę. Jest całkiem spoko. Stwierdził że border-lajn jest „soł 2008″ i teraz odchodzi się od diagnozowania 90% trochę bardziej skomplikowanych przypadków jako po prostu „border”. Jest też kolejnym psychem, który nie bardzo wie co ze mną zrobić, ale widzi że jest kiepsko. Póki co łykam tabletki na różne rzeczy. Teraz mam teczkę z podpisem „depresja kliniczna” ( tudzież endogenna). Zaczyna mnie to szczerze mówiąc męczyć i nużyć. Miałem już tyle (często sprzecznych) diagnoz, że mam to w dupie. Byłem już borderem, miałem chorobę dwubiegunową i dystymię. Reszta diagnoz się nie wyklucza, nadal cierpię na pogłębiające się zaburzenia nerwicowe, zaburzenia snu, zaburzenia kurwa wszystkiego, nawet wzrok już mi się pierdoli i coraz częściej mam problem z rozeznaniem, czy jestem na jawie, czy we śnie. Bardzo nieprzyjemny stan.
I mimo że mamy XXI wiek, pozostaje mi łykać coraz mocniejsze leki, w coraz większych dawkach. Słuchać pierdół, że mam iść na spychoterapię (która za każdym razem okazuje się kompletnie nieskuteczna i zbędna, tylko kosztuje mnie dużo nerwów). I przebąkiwanie, że będzie z wiekiem coraz gorzej.

Kilka lat temu mogłem mieć nadzieję, że depresja wynika z chujowych wydarzeń, ciężkiego dzieciństwa i okresu dorastania, ble ble ble, i że kiedyś przejdzie, że da się to wyleczyć. Teraz dochodzę do etapu świadomości (chociaż ciągle staram się czepiać wyparcia), że nie pomoże nic. Świadomość, że do końca życia każdy dzień ma być taki, albo gorszy, jest najgorszym koszmarem. I każdemu, kto robi sobie jajca z gówna jakim jest depresja, albo uważa że jest cool, życzę miesięcznego zaparcia z finałem z rozdarciem anusa. Pierdolcie się. Nawet nie wiecie, jakie macie pierdolone szczęście, że jesteście normalni.

Pogoda pod kotem.

Dlaczego przyjaźnienie się z studętę lub magisteręłę (s)pychologii jest wyjątkowe:

Ja: Czuję się sam, chciałbym mieć do kogo gębę otworzyć. Możemy pogadać?
PszyjacjelSpycholog: Na twoje problemy z samotnością pomoże tylko terapeuta!

J: Ale chujowa pogoda.
PS: Terapia!

J: A…
PS: Terapia!

Słodko.

Crazy cat lady

Zaczynam rzygać słowem „sam”.
Sam się budzę, sam robię kurwa wszystko, sam idę spać. Cóż za kolejny, udany dzień.
Dobrze, że mam psa. Jest na kim wyżywać pokłady uczuć, które tak trafiałyby w próżnię. Żeby jeszcze potrafił gadać, to nie musiałbym sam do siebie, lol.

Rok 2013 już spokojnie mogę nazwać drugim najgorszym w moim życiu (zaraz za 2007), a jeśli chodzi o porażki życiowe i ogólne bycie samemu porażką, to jest numerem jeden. Wypiję za to.

1989

Chciałbym przestać istnieć.
Nie wstawać i nie kłaść się. Nie patrzeć, nie słyszeć, nie rozumieć, nie czuć.
Mam dwadzieścia cztery lata. Pierwszy raz zawleczony byłem do psychiatry w wieku trzech. Byłem przebadany przez różnych lekarzy na przestrzeni wielu lat. Nie mam schizofrenii, tyle wiem.
Prowadzę ten blog od 2007 i od dnia kiedy zacząłem go prowadzić, nie zmieniło się nic. Mamy 2013. Zanim zacząłem go prowadzić, było również źle. To stan constans.
Żebym jeszcze miał się czego uczepić. Że kiedyś było dobrze, lepiej. Ile można słuchać, że nie wiadomo, kiedy się odmieni? Mam tego dość. Dobrze wiem, że nie zmieni się ani za rok, ani za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat. Jestem potwornie samotny. Jestem męczący. Nie umiem żyć.
Słyszę tylko, że wysiadanie z tego pociągu to egoizm i robienie krzywdy innym.
Więc w nim siedzę. Siedzę i siedzę i bardzo często mam nadzieję (sic!), że się wykolei i zginę w katastrofie.
Od dwóch, trzech tygodni zastanawiam się, czy nie zaplanować tego tak, żeby wyglądało na wypadek.
Męczy mnie zarówno ból psychiczny, jak i fizyczny. Jestem zmęczony i zrezygnowany. Wyjście z pokoju z dnia na dzień powoduje we mnie coraz większą panikę.
Brałem mnóstwo leków z różnych grup, z różnymi substancjami czynnymi. Na dłuższą metę nie pomogły żadne.
Jaką musiałbym przebyć terapię? Nawet mi już nie zależy.

Chcę po prostu zniknąć. Wiem tylko, że jestem tchórzem i właściwie to jedyna przeszkoda. Raz w życiu przełamałem moje tchórzostwo i właściwie tego się trzymam. Skoro raz się udało, to trzeba czekać momentu, aż uda się drugi raz. Tylko za drugim razem zrobić to mądrzej.
Za pół roku mam skończyć dwadzieścia pięć lat. Od dwudziestu śnią mi się koszmary. Noc w noc.
Kiedy się budzę, zaczyna się innego rodzaju koszmar.
Jestem zmęczony. Skoro teraz jestem zmęczony, to jak będzie za pięć, dziesięć lat?
Nie chcę już. Straciłem nadzieję. Chcę tylko spokoju i przestać być przytomnym i świadomym. Tylko tyle. A może aż tyle.

chuj mi w dupę,

jestem tak żenujący że nie mogę wytrzymać z sobą w jednym pomieszczeniu.

pierdu pierdu tiru riru. Nie liczy się, póki nie poleje się krew się kurwa nie liczy. Póki się kurwa nie poleje, to się nie liczy. W takim wypadku jest się tylko żałosną kurewką z napadami histerii która tylko wkurwia otoczenie swoim skowytem. Pierdolony, pierdolony ja. Ten jeden raz, kiedy udałoby się wspaniale gdyby nie zwinęli mnie na ostry dyżur, to była też forma cztery gwiazdki. Tabletki. Tyle dobrego, że nie apap, porządne tablety które moje niedoskonałe wydolnościowo serce by w końcu rozjebały. Dobra robota z riserczem. Przynajmniej nie było kwasu, jakbym się nałykał rutinoscorbinu to bym miał wstyd na cały ostry dyżur, a tak to przynajmniej z uznaniem pokiwano głowami na to, jak dobrych leków zażyłem, a nie jak jakiś n00b który chciał zrobić halo witaminą C. Ale nie ma już tak dobrze. Napady paniki, duszenie się, zawroty we łbie i samopoczucie jakbym zaraz miał postradać zmysły i chcę tylko krzyczeć, a co tam. Odwagi starczyło, żeby nóż wziąć i wbić. A jak przyszło co do czego, czyli konkretnego prucia (tudzież: otwierania) żył, nagle kurwa bezwład mięśni. Bo księżniczkę kurwa boli. Bo ojej. A prawda, boli jak skurwysyn. Boże, to takie takie cholernie żałosne. Może znowu tableteczki? Tylko po to musiałbym się ruszyć, receptę organizować, kurwa. Nie macie pojęcia, jak mi wstyd i w jak skrajnym gównie pogardy teraz pełzam. Chcę po prostu zniknąć. Ale nie, jestem tylko frajerkiem z charakterem miękkim jak chuj impotenta, który coś tam piszczy że mu źle. Póki nie będzie poważny i po męsku nie rozpruje sobie żył, albo nie zawiśnie na drzewie, to się nie liczy. Srać na to. Przecież krzywdy sobie nie zrobi, pizda laluś. Jestem taki wkurwiony, tak cholernie wkurwiony i rozczarowany. Trochę by kurwa poboloało, ale kurwa nie. Skoro nie mogę tego skończyć to dlaczego do chuja jasnego czuję się tak cholernie, beznadziejnie źle że hiperwentyluję już co noc?? Jakoś dwa dni temu mogłem sobie zrobić tatara na nodze, cholera że nie skorzystałem z okazji. Jeśli kiedykolwiek rozpruję sobie żyły, jak cholera, to zapewne przez przypadek.

chcę zniknąć zniknąć zniknąć

Boże, jak można być tak żałosnym. Tak chujowym. Powinienem kurwa zaszyć się w jakiejś norze. To jest takie żenujące że można zawału ze wstydu dostać. Mam tak dość a jestem taką pizdą że nie jestem w stanie werżnąć tego żelastwa i mocno przejechać. Wstyd wstyd wstyd boże co za wstyd.

Dziś, jutro?

Co za beznadziejny stan. Doszedłem do etapu kiedy żyję, bo muszę. Chujowa „motywacja”. Zdaję sobie doskonale sprawę, że gdybym umarł (w sensie psychicznym) ale moje pudło, tudzież opakowanie zostało, i zastąpiłby by mnie ktoś inny, nikt nie zauważyłby że coś się stało. Zapewne ludzie najbliżej mnie byliby szczęśliwi, że się zmieniłem na lepsze. W sumie mógłbym oddać tę powłokę komuś lepszemu, kto żyłby lepiej niż ja. Z kogo rodzice mogliby być dumni, miałby przyjaciół i nie był takim beznadziejnym gównem jak ja. A ja… rozpierzchnąłbym się w szeroko pojmowanej przestrzeni. Nie istniałbym i nie musiałbym się już męczyć. Czyż to nie idealne rozwiązanie? Nikt nie cierpiałby, bo nie zniknąłbym w sensie fizycznym, a podmiany nikt by nie zauważył. Po prostu stałbym się lepszym człowiekiem. W ogóle stałbym się człowiekiem.
Przegrałem wszystko. Pewnie i tak miało być. Odkąd tylko sięgam pamięcią, był we mnie ten robak. I razem ze mną rósł. Nie wiem tylko, czy stałem się już robakiem, czy może zawsze nim byłem i popełniam błąd sądząc, że jest on oddzielnym bytem.
Nie ma się też co tutaj krygować, boję się śmierci jeśli chodzi o jej aspekty fizyczne. Jak już wspomniałem, gdyby ktoś wziął opakowanie i żył w nim dalej, poszedłbym na coś takiego. Nie sądzę, aby kiedykolwiek mi się poprawiło. Skoro ciągle jest coraz gorzej, a lata mijają, niby czemu miałoby się poprawić?
Coraz bardziej tracę kontakt z rzeczywistością. Niedługo pewnie nie będę już w stanie odróżnić ani zdefiniować, co jest prawdziwe, a co nie.
Jedyne co mnie w tym całym syfie boli to to, że ktoś przez to cierpi. Nie ma wielu osób, którym na mnie zależy, ale tym niewielu moja śmierć zrujnowałaby życie. Nie chcę im tego robić, jeszcze takiego dodatkowego świństwa. To byłoby już poniżej jakiejkolwiek krytyki.
Moja siostrunia byłaby natomiast uradowana, jakbym zdechł. To może być motywacja żeby jakoś wegetować, przynajmniej na krótki dystans.