Ja pie*dole. Czy ludzie są chowani, za przeproszeniem, w stodole czy rodzice stwierdzili, że sam fakt iż już potomstwo zmachali jest wystarczający, żeby uznać rodzicielski obowiązek za wykonany? Kurwa.
Chyba autentycznie namaluję uroczą, pełną kwiatków tabliczkę, przyczepię na drzwiach i każę czytać dwukrotnie każdemu, kto do mnie wchodzi. Treść będzie mniej więcej taka:
"Drogi gościu!
Jako że twoi rodzice mieli kompletnie w dupie sprawę twojego wychowania, ja muszę wziąć ten niewdzięczny obowiązek na siebie. Nie czuj się urażony, wręcz przeciwnie, wyróżniony że poświęcam Ci kawałek mojego czasu, żeby nauczyć Cię czegoś, dzięki czemu przestaniesz się wreszcie dziwić, że wszyscy twoi znajomi, rodzina itp. itd. po jednej twojej wizycie nagle umawiają się z Tobą wyłącznie na mieście. A najchętniej po za nim. Oto kilka prostych, życiowch zasad (które rodzice powinni byli wpoić Ci do głowy, jak miałeś trzy-pięć lat):
KIEDY PRZEBYWASZ U KOGOŚ W MIESZKANIU
1. Nie miotaj się po wszystkich możliwych pomieszczeniach jak dziecko z atakiem padaczki.
2. Nie zaglądaj do wszystkich możliwych szuflad, szaf, szafek, wnęk, przy okazji rozgrzebując całą ich zawartość. Nie trzymam złota, nie mam na nazwisko Goldman. Zamiast skarbów, czy czegokolwiek szukasz w MOICH szufladach, możesz znaleźć coś, czego nie chciałeś nigdy widzieć.
3. NIE DOTYKAJ do kurwy nędzy. NIENAWIDZĘ JAK KTOŚ DOTYKA MOJE KURWA RZECZY. Czemu łapy się wam tak kleją do przedmiotów, które zaraz kurwa psujecie. Wiem, że mycie dłoni jest passe i od mycia się umiera, więc tym bardziej niczego nie dotykaj, bo tak, masz brudne łapy. Dlaczego im bardziej przedmiot jest delikatny i staranniej ustawiony, tym bardziej chcecie go wymacać, połamać, zrzucić i zdewastować, robiąc potem debilną niby-niewinną minę i mówiąc nędzne, przesłodzone "ojej, przepraszam!" a potem zaraz robicie kurwa TO SAMO w drugiej części mieszkania?
4. Nie dotykaj bez pozwolenia mojego kurwa komputera. I pod żadnym kurwa pozorem NIE INASTALUJ MI NA NIM GÓGLE CHROMA I INNYCH KURWA PROGRAMÓW, JA PIERDOLĘ. Lubię kurwa fajerfoksa, to że uważasz że coś innego jest lepsze, bardzo mnie cieszy. Więc idź i baw się swoim u siebie.
5. Jesteś u mnie pięćdziesiąty raz i zadajesz to samo pytanie, odpowiedź ciągle będzie ta sama: nie, nie mam soku aroniowo-miętowo-ananasowego, nie mam kanapek z włoską wędzoną szynką wołową (wtf), nie mam kurwa kaparów, sernika, tiramisu i kurwa chuj wie czego. Mam bułkę, ser i szynkę. I kawę oraz herbatę.
6. Nie kradnij mi papierosów. Zwłaszcza całej paczki. Zwłaszcza jeśli widać, że jest to jedyna paczka w mieszkaniu. Naprawdę, zauważę to.
7. Do punktu 3 - NIE PRZESTAWIAJ MI RZECZY W MIESZKANIU, NO KURWA.
8. Jest taka bardzo ładna zasada savoire vivre: przebywaj w tym samym pomieszczeniu, w którym POSADZIŁ Cię gospodarz. Nie kręć się. Najlepiej siedź na kanapie lub fotelu, na którym jesteś usadzony. Miotanie się po cudzym terenie potrafi wpędzić gospodarza w rozdrażnienie po permanentnego wkurwa.
9. Po prostu nie rób niczego, co CIEBIE by wkurwiło w zachowaniu TWOJEGO GOŚCIA, W TWOIM DOMU."
Ależ mnie M. wkurwiła no kurwa. Zawsze to samo. H. na przykład ciągle kradnie ludziom papierosy i wódkę. Po prostu, całą paczkę ze stołu, całą butlę z lodówki. Nie tylko u mnie ;D tłumaczy to tym, że jest kleptomanką, więc to nie jej wina. A ja jestem aspołeczny, więc to nie moja wina że mimo iż uwielbiam moich znajomków, wolę się spotykać u nich albo na mieście.
M. ma też tę straszną cechę, że ciągle musi się czymś bawić, jak małpa. W ten sposób w strzępy poszła np. moja deklaracja maturalna, bo "ona nie zauważyła" co drze. Jak jej daję sudoku i długopis, to nie chce bo przecież jest żeby ze mną gadać! A jak rzucała moimi nieszczęsnymi dzwoniącymi chińskimi kulkami, które się miętoli w dłoniach, nie wiem po chuj, ale ładne są. No kurwa. Cud że moje lokum przetrwało jej wizyty w prawie jednym kawałku, lol.
Od razu mi lepiej, ufff. Mogłem też dodać, żeby nie tłuc talerzy i nie wylewać kawy i herbaty gdzie się da. Nie rozstawiać puszek po piwie po całej chałupie, często w bardzo dziwnych miejscach (pod łóżkiem, pod biurkiem, w szafie, w szafce na detergenty w łazience, koło psich misek). Ale i tak będzie, że się czepiam :D
BTW nie zapraszałem jej, umawialiśmy się w kawiarni koło mojego domu, ale stwierdziła że zrobi mi rewelacyjną "niespodziankę" i wpadnie, nie dość że wcześniej to jeszcze bez zapowiedzi.
Nie dalibyście wiary, moi drodzy, gdybyście zobaczyli mnie w "realu". Akurat nie mówię tutaj o aparycji. Znakomita większość moich znajomych (bliższych mam zdecydowanie mniej) uważa mnie za bardzo rozrywkowego, bardzo wyluzowanego i ostro jebniętego półmózga, co mi pasuje. Półmózgiem to w sumie jestem. Powinienem się cieszyć, jeśli w ogóle "pół" bo to i tak dużo.
W przeciągu trzech lat usłyszałem kilkakrotnie że powinienem zostać komikiem i, co ciekawe, nie były to obelgi. Nawet przyznaję, że dowcip w istocie mi się wyostrzył i nawet refleks z dowcipami też stoi na niezłym poziomie, nawet jak jestem napruty. Ludziom mój typowy dla komików styl bycia się podoba, ludzie lubią zabawne osoby, bo pozwalają im się rozluźnić. Do tego, czują się mądrzejsi, więc jest im jeszcze lepiej. W sumie nawet bym może i przemyślał bycie komikiem (nawet mi proponował znajomek występy w "queerowym" klubie, lol) tylko jest taka rzecz, rozumiecie... zabawny to ja jestem spontanicznie. Przeżywałem taką katorgę na ustnej maturze, że chorowałem miesiąc po tym. Cierpię na potworną wręcz tremę przed wystąpieniami publicznymi. Właściwie nawet śpiewanie "sto lat" na imprezach urodzinowych, z grupą ludzi, mnie paraliżowało. Dlatego np. nie mógłym zostać celebrytą, jak mój ww. znajomek. Wyobraźcie sobie, że wystarczy nie mieć wacka i już można się w mediach promować, jako ciekawostka przyrodnicza. Płacą za to. Płacą nieźle!
Tylko jak większość dzieciaków od przedszkola się zabijała o najlepszą rolę w przedstawieniu, to ja chowałem się w szafie żeby mnie nie zmuszano do udziału w ogóle ;D Co tam. Dla mnie odpowiedź przy tablicy już wystarczała, abym dostał sraczki z nerwów. Był to jeden z GŁÓWNYCH powodów, z jakich poszedłem do liceum dla dorosłych. Jak już jest jakiś nauczyciel z etatem w podstawówce i wywołuje do tablicy, wystarczy że się uśmiechniesz, pokręcisz głową i powiesz, że nie ma mowy ;D (w grzeczniejszych słowach, oczywiście). W ten sposób przez trzy lata ani razu nie musiałem być pod tablicą.
Wracając do meritum, faktycznie niektórzy muszą pożądać mojego towarzystwa, skoro cała spora grupka znajomków tylko na moją cześć przekłada polską świętość, jaką jest grill - rzekłem że w piątek nie mogę. Przenieśli na niedzielę! No to głupio nie iść, co?
Bawi mnie tylko, jak bardzo bardzo by miny zrzedły niektórym, jakby się dowiedzieli co mam pod deklem. Jestem tak popierdolony, że czasem sam nie jestem w stanie tego ogarnąć. Nie wiem, z czego to się bierze. Od kilku tygodni na pewno nie pozostało we mnie grama psychotropów, bo znowu mnie żółć i jad zalewa, ale tak że dajcie spokój. Po nocach śnią mi się wszystkie najgorsze rzeczy, jakie usłyszałem od co niektórych. Chodzę sobie i pluję jadem na ściany. Jak nie pierdolnę soczystej wiązanki przy śniadaniu pod adresem tych skurwysynów, to robi mi się niedobrze, jakbym musiał to wyrzygać (w przenośni tym razem). To niebywałe, jakie pokłady nienawiści i frustracji siedzą w 171 cm człowieka. Czasem czuję się, jakby mnie było dwóch (a może i trzech, lol) i patrzył z przerażeniem na to drugie, wściekłe ja. I to w jednym czasie. Rzucam kurwami i jestem przestraszony, jakie pokłady złości ze mnie wyciekają. Psychotropy brałem dosyć długo i zupełnie zapomniałem o tej "ciemnej" stronie... Ale nie ma się co martwić. Moja agresja jest tylko słowna, i zazwyczaj trafia w pustkę. Czasem coś tam warknę, albo uplotę warkocz na czyjś temat i wyrecytuję to kumplowi przy piwku, on ponarzeka na swoje wkurwy i jesteśmy zadowoleni. Nie wiem, co z tym zrobić, może powinienem zacząć biegać albo znaleźć sobie fuckfrienda, żeby negatywną energię wyładować (a wiadomo, co robi to lepiej od sportu, hueh). Tak się niestety składa, że w moim zasobie znajomych z reala nikogo bym nie brał pod uwagę. Schade.
Dzisiaj np. się dowiedziałem czegoś, co mnie tak rozstroiło że myślałem, iż rozpierdolę połowę Warszawy. Wielkiej różnicy mieszkańcom to by pewnie nie zrobiło, bo połowa i tak już jest rozpierdolona robotkami drogowymi i metrowymi i chuj wie jakimi, połowa głównych ulic pozamykana. Przeszło mi jak sobie połaziłem po targu dwie godziny i kupiłem białą pelargonię którą dosadziłem do doniczki na balkonie. Zaiste, dziwne mam zainteresowania...
Cholera, właściwie tylko ogród i mój pies mnie nie wkurwiają. Tylko zimno trochę i rośliny mają opóźnioną wegetację, piwonie to chuj pewnie nie zakwitną wcale a dwie wymarzły, eh. A całą cholerną grządkę warzywną mi obsadzili truskawkami, ale na posadzeniu ojciec zakończył. Podlewanie i wywalanie ślimaków to moja robota. A tak szczerze mówiąc, to wolę czereśnie. A ślimaki lubię i nie mam serca kończyć ich żywota więc muszę je zbierać do wiadra i wynosić dwa kilometry w chuj do lasu, bo przecież nie wypierdolę biednemu sąsiadowi na pole na kapustę.
Ehh, dlaczego nie mam żadnego znajomka który by się ogrodnictwem interesował, miałbym z kim pogadać, jak tylko zaczynam gderanie o ogródku to wszyscy spierdalają w pizdu albo udają że słuchają i mają w dupie. A z takim ogrodnikiem to pogadać by można, zioło zapalić a później małe figo fago w trawce, HUE HUE.
Nie, zaczynam już tak pierdolić że czas skończyć, dobranoc :D
PS. Dlaczego w 99% przypadków o przymusie nadania tytułu notce przypominam sobie przed kliknięciem "publikuj" i wymyślam jakieś herezje? O, zróbmy ankietę: DRODZY CZYTELNICY posiadający bloga: kiedy wpisujecie i wymyślacie tytuł notki? Przed pisaniem posta, czy jak już skończycie?
Dobra, pytanie do tych co się znają :D
Tak się od czasu do czasu bawię w allegro (jak już nie mam na papierosy) i mam pytanie: kiedy im się właściwie płaci te wszystkie prowizje i inne pierdoły? Bo naliczają, to widzę, ale gdzie kiedy jak im się płaci? :D
Pokaz bystrości na dzień dzisiejszy uważam za wykonany.
Piszę tak nudno, że robię sobie urlop do odwołania.
Nie będę dręczyć nielicznych czytelników :D
Niedawno się dowiedziałem (z babskiego pisma, więc wiadomo że wyrocznia) iż trend "nie szukaj miłości, bo gówno z tego wyjdzie, sama przyjdzie!" jest już passe. Teraz rządzi zasada "nie czekaj, to wg. psychologów szkodliwe! Idź na łowy, szukaj choćby na ulicy!".
Jeśli chodzi o ulicę, to nigdy nie miałem takiego szczęścia jak całe społeczeństwo. Podobno "narkotyki leżą na ulicy" - nie ma dla mnie trudniejszej rzeczy do załatwienia od marihuany. Żeby coś zdobyć, muszę się naprawdę namęczyć, a i tak czasem gówno z tego wychodzi. Tak więc cały świat wokół mnie jara zioło, a ja nie mam. W tym roku zajarałem aż dwa razy, bo znajomi mieli. Oczywiście oni to dla siebie mają, ale dla biednego mnie już załatwić się nie da.
Ta sama sprawa z prostytutkami i narkomanami - podobno wszędzie ich pełno, a zwłaszcza było ich rzekomo mnóstwo na dworcu centralnym. Przyznam, że po dworcu zdarzało mi się w latach 2006-2009 chodzić o naprawdę różnych, dziwnych porach dnia. I nie widziałem ani jedej prostytutki i ani jednego spizganego narkomana. Jak to się dzieje? Może dobrze się kamuflują, tylko ja jestem mało spostrzegawczy? Jedyne podejrzane osoby, jakie widziałem w otchłani niewyremontowanego jeszcze wtedy centralnego, to byli bezdomni alkoholicy i sprzedawczynie kwiatów.
Za to prostytutkę widziałem na warszawskim pigalaku. Stoi tam ta sama pani, która stała kiedy moja mama uczęszczała nieopodal do szkoły postawowej. Pani ciągle ma wzięcie. Panie lekkich obyczajów widuję też gromadnie, bez względu na pogodę, na wylotówce na Gdańsk.
Ach, to co do tego szukania miłości, to już sam nie wiem, jestem wychowania starej daty, lol. Zresztą, jakie doświadczenia miłosne miałem, można sobie prześledzić bardzo szczegółowo, bo od tego zacząłem pisanie bloga. Wbrew pozorom, nie zaburzenia odżywiania (które zresztą bardzo zelżały w ostatnim roku, jeśli nie dłużej, ale nazwa pozostaje bo i ja jestem dalej pojebany, a anoreksję mózgu mam cały czas) pchnęły mnie do rozpoczęcia pisania bloga, tylko problemy z ówczesnym narzeczonym. Który zresztą ostatnio tak mnie wkurwił, że chyba zbyt ostro go pogoniłem na znanym wszystkim "fejsie". Uch...
Za kilka godzin usiądę dla sportu nad polskim rozszerzonym i mam przeczucie że nie przebiję wyniku z zeszłego roku, ale trudno się mówi, nie jest taki zły (na "starą maturę" mam czwórkę z rozszerzonego polskiego, a tróję z podstawy).
Zmuszę się chyba jednak do przekimania, mimo że właśnie odkryłem iż mój ulubiony serial od dwóch miesięcy ma nowy sezon, co przegapiłem przez wikipedię która nie jest aktualizowana. Gwoli ścisłości, moim ulubionym serialem jest South Park.
Niestety, MUSZĘ iść do pracy i to jak najszybciej. I to takiej bardziej stałej, niż jednorazowa budowlanka (mógłbym tak pracować na stałe, ale zlecenia albo są, albo nie ma, a sytuacja finansowa mojej rodziny z dnia na dzień jest coraz gorsza i obawiam się że... dobra, nie chcę o tym gadać. Po prostu ma być stały napływ). Pracy boję się jak cholera, nie lubię tłumów ludzi, a najbardziej nie lubię tłumów obcych ludzi. Na samą myśl szwankują mi wszystkie wnętrzności...
Miłego.
PS. W sumie w samotności to wolę wypić wybitnie dietetycznego browara, albo dwa... czasem do trzech, nie więcej, bo po trzech już się zataczam, i oglądać przy tym seriale. A do tego paczka papierosów idzie w ruch. Bardzo zdrowo. Zioło to najchętniej palę z ewentualnym narzeczonym, ale M. na ten przykład nie lubił. A jakiż to miły wieczór, lufka albo dwie, małe figo fago a potem seriale i miska świeżych truskawek a potem litry coli light... poezja.
Eh teraz mi smutno i włączył mi się nastrój "forever alone". Pieprzyć to.
Jestem chyba jedynym człowiekiem na świecie, który pornosy trzyma w folderze "Porn".
Powinienem go raczej zatytułować "forever alone". Ale mam też drugi, kiedy wpadłem w małą panikę gdy było gorąco przed ACTA, z tego momentu mam folder o nazwie "zapasynazime".
Zastanawiam się, dlaczego piszę o pornosach o trzeciej w nocy, zamiast grzecznie iść spać.
Moja siostra ma tak bogate życie towarzyskie, że aż mi wstyd. Że ja nie mam prawie żadnego :D Nie to, żebym miał do tego głowę. Czasem zwykłe wstanie z łóżka, umycie się i zrobienie śniadania jest szczytem moich organizatorskich możliwości. Podziwiam ludzi którzy potrafią ułożyć naukę, PRACĘ, znajomych, imprezy i swoje zainteresowania w miarę nieźle. Ja muszę wydzielać oddzielny dzień na każdy typ aktywności, bo inaczej nie mogę się pozbierać i ogarnąć sytuacji. Dramat, może mam coś nie tak z mózgiem?
Ehhhh, mózg, pornole i siostra w jednym poście, chyba ze mną gorzej, idę spać albo przynajmniej udawać, że śpię.
Machnąłem ręką: co ma być, to będzie. Oczywiście pójdę pisać te matury, ale czy uda się cokolwiek poprawić to raczej będzie kwestią przypadku: w zeszłym roku jak pisałem, to na podstawie z polskiego była zacna lekturka "Granica" którą czytałem, ale za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć, o czym to było. To samo tyczy się "Sklepów cynamonowych" i co najmniej setki innych książek, które w życiu czytałem a nie mam bladego pojęcia, o czym były.
Ciekawe, skąd to się bierze. Są książki, które czytałem wiele lat temu i do dzisiaj pamiętam, o czym były, często bardzo szczegółowo (np. moja ulubiona lektura z dzieciństwa którą były "dzieci z Bullerbyn" ;D). A są lektury których nie pamiętam średnio pół roku po przeczytaniu. Moja matka mówi, że też tak ma, bo nijakich książek się z reguły nie pamięta. Może to u nas rodzinne?
Domyślam się, że mówienie o książkach które są tak wybitne że aż zostały wciągnięte do obowiązkowego poziomu nauczania, iż są nijakie, wieje na kilometr prostactwem. No cóż, trudno. Nie wszystko złoto, co się świeci, nie wszystko gówno, co gównem śmierdzi.
Na przykład francuskie sery. Niektóre są nawet smaczne.
Cierpię na skrajny zespół amotywacyjny. Jak mnie to dopadło kilka lat temu to byłem święcie przekonany, że to skutek uboczny nadużywania marihuany. Szkopuł w tym, że przez cały zeszły rok nie zapaliłem ani razu (konkretnie od lipca 2010), a w bierzącym paliłem razy dwa, zimą. Może mam coś nie tak z neuroprzekaźnikami? A może to kwestia genetyki? Może niektórzy z nas są po prostu zaprogramowani do bycia nijakimi, w sensie - ani nie jestem ultra szczęśliwy, ani ultra nieszczęśliwy przez większość czasu? Taki nijaki.
Może to też kwestia dorastania. Największe i najdłuższe wybuchy motywacji miewałem do, mniej więcej, 19-20 roku życia. Później też się raz zdarzyło. A teraz to w sumie, po co się spinać. Zero ambicji drodzy państwo, zero ambicji. Może to braki mikorelementów, witamin, składników życiowych? Ale odżywiam się nadzwyczaj dobrze, jak nieźle prowadzony tucznik w chlewiku. Mój brzuchol osiąga właśnie rozmiary bębna.
A może przejmuję się podświadomie sytuacją ogólną. Wiecie, forsa i te sprawy.
Aaaż mi się odechciało pisać, wyczerpałem zasoby na dziś :D
Zamiast się uczyć, sadzę kwiaty w ogrodzie, ale jak już mówiłem machnąłem chwilowo ręką na sprawy edukacyjne.